Zakopower COS Torwar
Wieczór, gdzie Tatry spotkały Warszawę
Noc z 26 na 27 października 2024 roku na długo zapisze się w pamięci tych, którzy przekroczyli bramy COS Torwar. Już na godzinę przed koncertem przestrzeń przed halą pulsowała gwarem – wiatr niósł mieszankę góralskich akcentów, śpiewane na próbę fragmenty tekstów i brzęk ciupag odpoczywających na ramionach fanów. Warszawa tego wieczoru oddychała górami.
Gdy światła przygasły, a pierwsze dźwięki dud przebiły się przez ciemność, tłum zamarł na ułamek sekundy. Ten moment ciszy przed burzą okazał się ostatnim spokojnym oddechem. Z pierwszym uderzeniem perkusji scena eksplodowała feerią barw – purpurowe i bursztynowe refleksy oświetlały twarze muzyków, jakby sam Giewont oddelegował tu swoje zachody słońca. Sebastian Karpiel-Bułecka, nicnym przewodnik po emocjonalnym szlaku, prowadził publiczność przez krainę gdzie folkowe korzenie splatały się z rockową dzikością. Jego głos – chropawy szept w balladach i niski ryk w hymnach – zdawał się materializować w powietrzu, owijając słuchaczy ciepłem watry.
Publiczność nie była widzem. Stała się częścią spektaklu. Tysiące dłoni unosiły się w rytm skrzypiec, których dźwięk przypominał wiatr szarpiący kosodrzewinę. Stopy tupiące w takt wywołały drżenie posadzek tak intensywne, że obsługa hali nerwowo zerkała na mierniki wstrząsów. W przerwach między utworami słychać było zbiorowy oddech tłumu – głośny, zmęczony, ale wciąż żądny więcej. Gdy zespół po bisach próbował zejść ze sceny, skandowanie „Jeszcze!”, przypominające echa tatrzańskich lawin, zmusiło ich do powrotu. Nawet strażnicy przy scenie, początkowo sztywni jak świerkowe pnie, w końcu pozwolili głowie kiwać się w takt.